case study
Najbardziej autorski film suroganów
CIS - nowa odsłona
CIS to największy producent pianki w regionie, z którym współpracujemy od ponad pięciu lat. Nasz pierwszy wspólny film wizerunkowy stał się jedyną wizytówką wideo firmy i służył jej przez pięć lat - na targach, w rozmowach z kontrahentami i w codziennej sprzedaży. Kiedy zbliżał się koniec licencji, CIS postanowił pójść o krok dalej. Wiedzieli, jak bardzo jedno dobre wideo potrafi pracować na markę - tym razem chcieli nie kolejnej reklamy, a filmu, który poruszy.
Klient dał nam czas
Projekt "codzienne życie zależy od produktów wykonanych z pianek CIS" urodził się głównie dzięki dwóm zależnościom - zaufaniu, które zbudowaliśmy realizując poprzedni film, i gotowości firmy na coś "niesztampowego".
Wiedząc, że licencja wygasa w sierpniu przyszłego roku, CIS odezwał się do nas z prawie rocznym wyprzedzeniem, by mieć zarezerwowane terminy na realizację - dobre posunięcie, bo w napiętym kalendarzu produkcyjnym takie wyprzedzenie zagwarantowało zarezerwowany termin. Mieliśmy też dość czasu, by pozwolić sobie na luksus odrzucenia dobrych pomysłów w oczekiwaniu na wyjątkowy.

Między cyklami produkcyjnymi czekaliśmy na moment, w którym linia będzie wyglądać w kadrze tak dobrze, jak to, co z niej schodzi.

Oferta
W pierwszej ofercie standardowo przygotowaliśmy warianty pomysłów z różnych półek cenowych w granicach ustalonych podczas briefingu. Ale poza standardowymi wariantami dorzuciliśmy ten wyczekany pomysł poza skalą - trzykrotnie droższy w realizacji, za to taki, jaki sami chcielibyśmy zrobić. I to właśnie ten pomysł przekonał zarząd.

Trafiliśmy w sedno - dostaliśmy zielone światło na realizację.
Wymyśliliśmy efekt, ale nie to, jak go osiągnąć…
Wymyśliliśmy historię, która opowiada się wyłącznie emocjami. Bez dialogów, bez lektora, bez słów. Świadomie - bo słowa by tu przeszkadzały. Film miał trafiać do zarządu firmy, zakupowców, inwestorów, odbiorców polskich i zagranicznych jednocześnie. Jedynym wspólnym mianownikiem tak różnych ludzi są uczucia. Dlatego na nich postawiliśmy.

To ogromna zaleta z punktu widzenia zasięgu - film jest uniwersalny i zrozumiały bez tłumaczenia. Ale to też największa trudność w realizacji. Kiedy obraz jest tak wyrafinowanie prosty, działa jak obraz w galerii - bez komentarza kuratora, bez podpisu. Albo porusza, albo nie. Nie da się tego naprawić w postprodukcji. Reżyseria, gra aktorów, muzyka, rytm montażu - wszystko musiało się zgrać już na planie. Nawet to, gdzie znajduje się oko widza w każdej kolejnej klatce - przejścia między scenami musiały być płynne, bo każde zaburzenie rytmu wybiłoby z emocji, którą budowaliśmy ujęcie po ujęciu.

Realizacja sceny w filharmonii - operator na easyrigu rejestruje grę skrzypaczki, reżyser kontroluje obraz na monitorze.

Precyzja szwajcarskiego zegarka
Wycelowaliśmy w emocje, do których nieczęsto mamy dostęp: poczucie dumy, miłości i bliskości, spokoju, aż po bezpieczeństwo przy pokonywaniu własnych ograniczeń. By to zadziałało, każdy element filmu musiał współpracować z poprzednim i docierać coraz głębiej.

Blake Snyder napisał kiedyś, że "filmy to misternie wykonane maszyny do wywoływania emocji - szwajcarskie zegarki o określonych biegach i kółkach zębatych". Na poukładanie naszego "zegarka" poświęciliśmy prawie 30 roboczogodzin w preprodukcji.

Taki poziom precyzji wymaga dużej ekipy - oświetleniowcy, dźwiękowcy, asystenci kamery, charakteryzacja, produkcja, reżyser. Wszyscy pracują równolegle, bo na planie nie ma czasu na improwizację w logistyce.

Jak wyglądała produkcja?
Muzykę znaleźliśmy i wyedytowaliśmy do docelowej długości na samym początku preprodukcji. Scenariusz i każde ujęcie storyboardu powstawały przy tej muzyce - ustalając rytm i długość każdej sceny co do sekundy.
Historia miała wyglądać jak losy przypadkowych ludzi, których ścieżki stopniowo się łączą - aż widz odkrywa, że to jedna rodzina, a całość dzieje się w tym samym czasie. To samo życie widziane z perspektywy wielu osób, spięte klamrą produktów wykonanych z pianek CIS. Opowiadaliśmy tę historię niechronologicznie, wplatając ujęcia z hal produkcyjnych. Całość rozplanowaliśmy ujęcie po ujęciu, z planem awaryjnym na wypadek komplikacji.

Lista wszystkich ujęć ułożonych w kolejności montażu, z opisami i kodem katalogującym sceny w scenariuszu, shotliście, notatkach reżyserskich i dokumentach produkcyjnych. Niezależnie kto z zespołu patrzył - patrzył w tym samym kierunku.

Każdą lokację odwiedziliśmy osobiście, sprawdzając potencjał i trudności - dostęp do prądu, wydolność instalacji pod nasze oświetlenie, korytarze logistyczne, by ekipa nie wchodziła sobie w drogę i nie zostawiła niczego w kadrze. Ale przede wszystkim - jak naturalnie rozkłada się światło w konkretnych porach dnia, w których planowaliśmy nagrania.

Próbne zdjęcia telefonem przez aplikację symulującą dokładny kadr naszej kamery z konkretnymi obiektywami. Dawało nam to pełen ogląd możliwości i ograniczeń każdej lokacji.

W obsadzie znaleźli się czworo aktorów, w tym dziewczynka niepełnoletnia - co oznaczało dodatkowe formalności i powiększone marginesy czasowe, bo dzieci szybciej się męczą i trudniej utrzymać ich koncentrację. Harmonogram podporządkowaliśmy dostępności aktorów, nie naszej wygodzie - każdego zatrudniliśmy na jeden dzień, co wymagało precyzyjnego ułożenia chronologii nagrań. Równolegle storyboard rozpisany ujęcie po ujęciu pilnował, by materiału wystarczyło w montażu i by plan był realny do zrealizowania.
To zaledwie część preprodukcyjnej układanki - każdy projekt ma ich dziesiątki. Budżet wyliczyliśmy na cztery do sześciu dni zdjęciowych. Zmieściliśmy się w czterech.

Kadry z planu i gotowe ujęcia - cztery dni zdjęciowe, kilkanaście lokacji, jeden spójny film.

Co jeszcze sprawia, że ten film działa?
O sile narracji i precyzji montażu już opowiedziałem. Ale nawet najlepsza historia nie zadziała, jeśli obraz nie jest piękny. Kamera, obiektywy anamorficzne, oświetlenie, postprodukcja koloru - wszystko zrobiliśmy na poziomie technicznym Netflix Original. Skąd to wiem? Bo sprzedając w międzynarodową dystrybucję nasz pełnometrażowy film Rage Of Stars, dostaliśmy potwierdzenie jakości jaką osiągamy - a ta reklama niczym od tamtego filmu nie odbiegała.

Ale technika to dopiero połowa równania. Drugą połową jest cierpliwość. Na planie nie wystarczy ustawić kamerę i nacisnąć "rec" - trzeba poczekać na moment, w którym wszystko w kadrze układa się dokładnie tak, jak powinno. Na hali produkcyjnej oznaczało to wstrzymywanie nagrań między cyklami, aż linia wygląda w kadrze tak dobrze, jak to, co z niej schodzi. W lokacjach aktorskich - łapanie naturalnego światła w oknie dokładnie wtedy, kiedy budowało nastrój, którego szukaliśmy.

To podejście dotyczyło każdego ujęcia bez wyjątku. Hale fabryczne doświetlaliśmy i porządkowaliśmy tak, by przemysł wyglądał na ekranie estetycznie, a nie surowo. Sceny domowe budowaliśmy z taką samą dbałością o detale jak scenę w filharmonii. Każdy kadr miał wyglądać jak świadomie skomponowany obraz - bo nim był.

Nawet ujęcia z hal produkcyjnych specjalnie doświetlaliśmy i porządkowaliśmy tak, by produkcja wyglądała estetycznie, a nie jak zwykły przemysł.

Właścicielka CIS wzruszyła się oglądając gotowy materiał. Nie raz. Cały zarząd obejrzał film bez jednej uwagi - po prostu stwierdzili, że są dumni z takiej wizytówki.
To wszystko sprawia, że reklama CIS Nowa odsłona jest ponadczasowa, uniwersalna i zapadająca w pamięć. Idealna na kolejne wiele lat zdobienia marki CIS wszędzie tam, gdzie postanowią ją zaprezentować.
Planujesz podobny projekt? Odezwij się - porozmawiajmy o tym, jak wideo może pracować na Twoją markę.  Porozmawiajmy
Made on
Tilda